BEAUTY: YSL / GlamGlow / ESTÉE LAUDER

Pora na kolejny beauty post, a w  nim produkty od YSL, GlamGlow i Estee Lauder. Dzisiaj opowiem trochę o kosmetykach, które pojawiły się u mnie jakiś czas temu. Zdążyłam już trochę potestować, więc mogę się wypowiedzieć.

Bardzo często dostaję zapytania o to, czym maluję usta. Jako, że jestem chyba bardziej opalona, niż kiedykolwiek wcześniej musiałam dopasować produkty do mojego “nowego” koloru skóry. Największy kłopot miałam z pomadkami. Wszystkie, których używałam bardzo wpadały w zimny róż. Większość na tę chwilę wygląda średnio i pewnie wrócę do nich dopiero zimą. Potrzebowałam czegoś w ciepłych tonach. Kiedyś wolałam matowe wykończenie, teraz nie mam nic przeciwko lekko błyszczącym ustom.

Spełnieniem moich oczekiwań jest pomadka YSL Rouge Volupte Shine (numer 20), która jest po prostu idealna na codzień. Jej kolor na zdjęciu może się wydawać intensywny, ale na ustach wygląda genialnie. Jest subtelny, ale jednocześnie delikatnie ożywia makijaż. W konsystencji jest trochę jak pomadka ochronna.

Marka GlamGlow stworzyła krem idealny. Gdy chciałam uzyskać efekt rozświetlonej twarzy dodawałam rozświetlacz w płynie (np. Nars, albo Benefit / Sunbeam) do podkładu. Jest to jakieś rozwiązanie, ale trzeba uważać na proporcje, bo łatwo przesadzić. Glowstarter daje efekt, który po prostu pokochałam od pierwszego użycia. Dostępny jest w 3 odcieniach. Ja wybrałam nude. Aplikuję go bardzo różnie. Albo pod podkład jako forma bazy i kremu w jednym, czasem dodatkowo po nałożeniu podkładu dodaję jeszcze jedną warstwę na same kości policzkowe. Jeśli akurat nie mam ochoty na pełny makijaż używam go solo, a cera wygląda świeżo i zdrowo. Poza tym uwielbiam jego zapach, który trochę kojarzy mi się z jakimś syropem dla dzieci. Z pełną odpowiedzialnością polecam produkt. Jest czymś, czego od dawna mi brakowało.

Na koniec dwie kultowe pozycje od Estee Lauder.

Idealist to serum zmniejszające pory. Używam go przed nałożeniem kremu, albo Glowstartera. Nieprzypadkowo się na niego zdecydowałam. Przeczytałam całe mnóstwo pozytywnych opinii i rekomendacji, które słusznie zachęciły mnie do tego produktu. Wydaje mi się, że jest dość wydajny – nakładam go znacznie mniej niż kremu (skupiam się głownie na okolicach nosa).

DoubleWear to podkład, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Od dawna mi się marzył. Testowałam go już wcześniej z próbki, którą dostałam w perfumerii. Cieszę się, że wreszcie mam pełnowymiarowe opakowanie. Super, że ma filtr SPF 10. DoubleWear to podkład dość ciężki, ale efekt jest spektakularny. W dni, kiedy wiem, że nie będzie czasu na poprawki sprawdza się świetnie. Dostępna jest też wersja light, która być może jest lepsza na codzień, zwłaszcza latem, gdy nie przepadam za mocnym makijażem. Jeszcze na pewno będzie okazja go sprawdzić i porównać z klasykiem.

5 comments / Add your comment below

  1. Batirulez says:

    Z Double Wear nie rozstaję się od lat 🙂 to moja druga skóra. To jeden z dwóch podkładów, który kryje co trzeba, nie ściera się i matuje moją cerę. Kocham! Polecam Ci polski zamiennik, podkład Provoke Ireny Eris. Genialny produkt za 80 zł. Swego czasu robiłam porównanie tych kosmetyków i różnice są naprawdę niewielkie.
    Pozdrawiam 🙂

    1. KAT says: Author

      Ja teraz też nie wyobrażam sobie go nie posiadać w kosmetyczce. Bardzo chętnie przetestuję Provoke, bo jeszcze nie było okazji! Wielkie dzięki za polecenie!

Leave a Reply